Panier Des Sens, delikatne mydło marsylskie o zapachu czerwonego tymianku

Mydła w kostkach nie są moimi ulubionymi produktami kosmetycznymi. Posiadam umywalkę nablatową i po prostu nie znajduję na nie miejsca - chcąc utrzymać jako taki porządek. Dziś przedstawię Wam mydełko, które przetestowała moja mama - ona za to używa jedynie tych w kostkach. Moja mama jest wierna jednej marce mydeł, zawsze kosztuje to samo. Jednam delikatne mydło marsylskie o zapachu czerwonego tymianku marki Panier Des Sens na tyle ją zaciekawiło, że chętnie złamała swoją zasadę.


Mydełko ma tak piękne opakowanie, że aż żal jest je otwierać. W środku mamy typową, mydlaną kostkę z wyżłobieniem nazwy marki. Mydełko ma obłe kształty, które ułatwiają stosowanie.
Niewątpliwą zaletą mydła jest zapach. Nigdy na żywo nie wąchałam czerwonego tymianku. W rzeczywistości zapach jest ziołowy, przyjemny i tak jak pisze producent - lekko pikantny. Mydło w kontakcie z wodą tworzy delikatną, przyjemną pianę.


Mama mydła używa głównie do mycia rąk. Pod tym względem nie ma co mu zarzucić. Mydło dobrze domywa zanieczyszczenia oraz pozostawia dłonie gładkimi. Nie wysusza ich. Gdy jej podpowiedziałam aby spróbowała wykorzystać to mydło w inny sposób niż do rak, np. do mycia twarzy, była bardzo zaskoczona. Nigdy nie myślała, że tak można stosować mydło. Na jej suchej, dojrzałej i lekki naczynkowej cerze sprawdziło się bardzo dobrze. Sama też wypróbowałam mydełko kilka razy i siebie i muszę przyznać, że jest niezłe. Mam suchą skórę i cerę, a mydełko nie wywołało u mnie uczucia ściągnięcia, którego bardzo nie lubię, Cieszy mnie także to, że nie piekło w oczy.


Delikatne mydło marsylskie o zapachu czerwonego tymianku Panier Des Sens to produkt bardzo ciekawy i wielozadaniowy. Mama już dziś poprosiła mnie o kolejną kostkę a ja sama chętnie przygarnęłabym je w wersji płynnej. Mydełko możecie kupić w sklepie Towels and More w cenie ok. 20 zł. Moim i mojej mamy zdaniem - warto!

Denko, maj 2016.

Maj zbliża się już ku końcowi. Dziś korzystając z dnia wolnego zrobiłam małe porządki kosmetyczne - w tym denko. Pora więc na podsumowanie moich zużyć w maju.


Majowe denko nie było szczególnie wielkie. Cieszę się jednak, że pozbywam się dość spore ilości kolorówki - niekoniecznie ostatnio w ogóle używanej. Korektory i kredki Miss Sporty to już starocie. Znalazłam je przy porządkach, właściwie strach już ich używać. Podobnie jak ten korektor punktowy Vichy - wcale z niego nie byłam zadowolona. Wywalam także pędzel nieznanej mi marki. Ostatnio służył mi do nakładania rozświetlacza ale ostatnimi dniami nakładał więcej włosia na twarz niż pudru. Od pewnego czasu też nie używam już zwykłych pudrów. Nie potrzebuję ich, niepotrzebnie wysuszają mi cerę. Kiedyś z chęcią sięgałam po puder z Inglota, jednak uznałam, że bez sensu jest już trzymać jego resztkę. Rozświtlacz z Wibo pokruszył mi się w drobny mak i nie było już co ratować... A z matowego błyszczyka (śmiesznie to brzmi) Essence wcale nie byłam zadowolona.  Jedyny z przyjemnością zużyty produkt to mascara Alverde. Wyróżnia się na tle innych tym, że ma dwie osobne szczoteczki - do dolnych i do górnych rzęs.


A teraz czas na trochę więcej konkretów:)
Peeling Planety Organiki początkowo bardzo lubiłam. Miał cudowny zapach. Mam jednak problemy z suchą, podrażniona skórą a sól była bezlitosna. Poza tym po pewnym czasie przestało mi odpowiadać uczucie rozgrzania jakie dawał już po peelingu.


Szampon do włosów Perfect.Me znalazłam w Shinyboxie. Z opisu wydawał się idealny dla moich włosów, w praktyce był bardzo, bardzo słaby. Całkowicie za zbędne uważam sylikony które są w jego składzie. Po szamponie oczekuję, żeby jednak tego nie miał. Przez sylikony miałam uczucie jakby niedomytych, ciężkich włosów. Moje włosy naprawdę ciężko obciążyć - jemu się jednak to udało.


Żel do mycia Zielonego Laboratorium to jednej z moich kosmetycznych hitów. Cudownie pachniał i bardzo dobrze mył. Miał w sobie sporo drobinek, dzięki czemu można było wykonać delikatny peeling i masaż (nie jest to jednak typowy peeling, ale też i nie ma nim być). Chętnie zaopatrzyłabym się w jeszcze jedną butelkę.


Pianka do mycia twarzy Under Twenty to także jeden z moich ulubionych kosmetyków. Uwielbiam wszystko co ma konsystencję pianki. Mimo, że Under Twenty już dawno nie jestem to zużyłam ją z przyjemnościa.


Antyperspiranty Rexona wprost uwielbiam. Uważam, że są najskuteczniejsze z tych ogólnodostępnych. Nie każda wersja zapachowa mi odpowiada, jednak tę aloesową bardzo lubię i co jakiś czas do niej wracam.


Żel pod prysznic Biały Jeleń z dziewanną i rokitnikiem. Przyjemnie pachnący żel. Spełniał swoje zadanie, mył, nie wysuszał ani nie podrażniał. Jednak żadnego WOW tutaj też nie było.


Sylveco, pomadka peelingująca. Długo się jej opierałam, kiedy jednak wypróbowałam to się zakochałam. Tak bardzo, że zawsze ją miałam przy sobie w kieszeni. A gdy już dobijała dna, zostało raptem na kilka użyć, Maciek wyciągając pranie z pralki oświadczył mi "wyprałaś swoją ulubioną pomadkę". No cóż... trzeba kupić kolejną:)


I to by było na tyle maju. Jak widać, większość kosmetyków bardzo mi odpowiadała. To co niekoniecznie mnie zachwyca zwykle puszczam dalej w obieg, może komuś spodoba się bardziej niż mi. Też tak robicie czy też twardo zużywacie do końca?

Liferia, świat gdzie nie ma granic piękna i doskonałości

Na polskim rynku kosmetycznym dostępnych jest wiele boxów. Pokochałyśmy te pudełeczka, dlatego, że lubimy być zaskakiwane, lubimy testować nowości, dostajemy produkty które nie są na wyciągnięcie ręki. Wśród polskiej oferty jest kilka perełek, jednak gdy subskrybujemy pudełka od dłuższego czasu widzimy, że krążą wokół tego samego, te same marki pojawiają się co chwila, tylko w nieco innej postaci. Już niedługo w Polsce będzie dostępne kolejne pudełko. Liferia, bo to o niej mowa, obecnie wiedzie prym za naszą wschodnią granicą - na Ukrainie. Czy u nas także odniesie sukces?


Pudełko dotarło do mnie za pośrednictwem Poczty Polskiej. Jak zwykle gdy przychodzi listonosz nie ma mnie w domu, musiałam więc wybrać się osobiście na pocztę. Moja ciekawość nie znała granic, gdy już znalazło się w moich rękach. Maciek się śmiał "poczekaj z otwieraniem chociaż zanim dotrzemy do samochodu, inaczej pogubisz." Oczywiście nie posłuchałam. Otwarłam.


Pierwsze rzut oka. Ulotka w nieznanym mi języku a pod nią 5 produktów i jedna próbka. Rozpoznaję jedynie markę Flormar, jednak nie miałam żadnego ich kosmetyku. Tusz do rzęs - zawsze się przyda, często jest jedynym elementem mojego makijażu. Błyszczyk do ust? Różowy? O nie..., Krem do wszystkiego i jakiś tonik. Nie jest źle, ale szału nie ma.

Szał jednak pojawił się gdy dotarłam do domu. W skrzynce mailowej znalazłam tłumaczenie ulotki. Wszystko stało się bardziej jasne. Każdy produkt pochodzi z innego kraju! Przyszedł czas także na pierwsze testy kosmetyków:)


Szminka do ust GLOSSIP, Włochy

Trwała szminka sprawi, że usta stają się miękkie i atrakcyjne.
Aktywne składniki wypełniają wszystkie fałdki, dodając ustom objętości.


Błyszczyk to tak naprawdę szminka w błyszczykowej formie. Ma dość twardy pędzelek, którym bardzo dobrze obrysowuje się kontur. Początkowo nie byłam z niej zadowolona, nie lubię różowych ust. Ten odcień jednak zmienił moje nastawienie, pokochałam go już pierwszego dnia. W rzeczywistości nie jest tak cukierkowy jak na zdjęciu, jednak to ładny, lekko przygaszony róż. Połysk typowy dla szminek, nie jest to efekt "mokrego" błyszczyka, nie ma też brokatu. Jest zdrowy połysk. Trwałość mnie absolutnie zaskoczyła. Gdy pomalowałam usta o 7 rano - spokojnie dotrwała do obiadu (zwykle takowy jadam koło 12:30). Dopiero po nim czułam potrzebę poprawek. Dla mnie bomba!


Tusz do rzęs VG Professional, Hiszpania

Stworzony w celu zwiększenia objętości, kształtu i długości rzęs.
Puszysty pędzelek świetnie rozdziela rzęsy, rozczesuje je i wyciąga każdą oddzielnie, pogrubiając. Wodoodporna struktura zapewnia stabilność przy dużej wilgotności, a także podczas wizyt na basenie
i sali treningowej. Tusz jest hipoalergiczny, idealny dla noszących okulary i soczewki.

Kiedyś na blogu wspomniałam, że uwielbiam brązowe tusze. Przy czym nie chodzi mi o brąz taki prawie czarny a o taki złocisty. Niedawno poszukiwałam takowego po drogeriach. Przyszedł do mnie jednak sam! Ten tusz ma dokładnie taki kolor jaki lubię. Niedługo poświęcę mu osobny wpis, bo naprawdę jest tego warty.


Cienie Mono Eye Shadow Flormar, Turcja

Cienie zostały opracowane na bazie innowacyjnej technologii ekranowania pigmentów. Dzięki specjalnemu składowi łatwo nakładają się gładką warstwą. Nie wysuszają skóry powiek. Trwałe, dobrze się trzymają i nie osypują, dzięki czemu makijaż jest zawsze świeży.

Jak wspomniałam, o marce Flormar już kiedyś słyszałam. Nigdy nie miałam jednak ich produktów. Wraz pudełkiem trafił mi się cień do powiek. Zwykle nie przepadam za kosmetykami kolorowymi w polskich boxach, bo są dla mnie nietrafione kolorystycznie. Tutaj mamy kolor bardzo uniwersalny - naturalny, który będzie pasował każdemu. Czy to do stosowania solo aby wyrównać kolor powieki, czy to jako cień bazowy. Cień faktycznie łatwo się nakłada, nie osypuje się i nie zbiera w zagięciu powieki.


Tonik do twarzy NS Cosmetics, Ukraina

Uniwersalny środek tonizujący, który oczyszcza, nawilża, odświeża i uspokaja skórę, łagodzi podrażnienia, stany zapalne i łuszczenie się. Zawiera hydrolat lawendy, hydrolat piwonii, ekstrakt z lawendy, uczepu i melisy. Po zastosowaniu skóra tonik wygląda zdrowe i świeże. Doskonale łagodzi swędzenie przy słonecznych oparzeniach.

To chyba właściwie próbka. Ale nie taka mała, mamy aż 100 ml kosmetyku pachnącego rozgrzaną łąką. Wyczuwam tu wyraźne nuty lawendy, przeplecione innymi kwiatami i ziołami. Zapach jest otulający, ale świeży. Przywołuje dobre wspomnienia. Toniki są u mnie podstawą pielęgnacji, ten zapowiada się nieźle. Jedyną wadą jest to, że skład w całości jest napisany w języku ukraińskim. Ale ufam, że dobry.



Uniwersalna SPA-krem do twarzy i ciała Care & Beauty Line, Izrael

Krem delikatnie pielęgnuje skórę twarzy i ciała. Aktywnie nawilża, łagodzi i uspokaja. Zapobiega przedwczesnemu starzeniu się. Stymuluje regenerację skóry.

Na ostatni ogień poszedł krem do twarzy i ciała. Przyznam szczerze, że jeszcze go nie otworzyłam. Kremów i balsamów w użyciu mam pełno, po drugie obawiam się parafiny w składzie. W prawdzie jest ona daleko - mniej więcej w połowie, jednak moja skóra potrafi zareagować na nią swędzeniem. Nie skreślam go jednak tak od razu, bo zapewne ciekawość zwycięży.

Jak widzicie pudełko pełne jest rozmaitości i to bardzo uniwersalnych rozmaitości. Wszystkie produkty są dla mnie nowością. To przywraca moją wiarę w pudełka, w to, że dzięki nim można poznawać to co nam jeszcze nieznane, to o czym być może jeszcze nigdy nie słyszałyśmy. Tusz, błyszczyk i mascara to coś co wystarczy mi na pewien czas. Najciekawszy wydał mi się jednak tonik marki NS Cosmetics. Nie wiem czy go znajdę gdziekolwiek w Polsce (będę musiała poszukać) i trochę szkoda, że strona internetowa marki jest wyłącznie w języku ukraińskim.

Jak Wam się podoba pudełko? Poleciłabym "Liferia" tym dziewczynom, które lubią poznawać świat i ich produkty oraz nie boją się wyzwań (jak w moim przypadku "brak" składu toniku).

Czujecie się skuszone? Na stronie Liferia możecie pozostawić swój adres email, gdy tylko pojawi się pierwsze pudełko to zostaniecie poinformowane. Docelowo ma kosztować 49 zł (w tym wysyłka). Zapraszam też na fanpage Liferii!

Ja polecam i wypatruję pierwszego polskiego pudełeczka!

Pilomax, odżywka do włosów zniszczonych sztywnych, grubych i normalnych

Według opowieści mojej mamy, swój pierwszy kontakt z marką Pilomax miałam będąc jeszcze wczesną nastolatką. Gdy byłam mała moje włosy nie chciały prawie w ogóle rosnąć. Miałam krótkie loczki i gdy w pierwszej klasie podstawówki przyszła pani poszukująca chłopców do chóru - chciała także mnie przesłuchać. Gdy miałam około 11 lat moim włosom coś się odmieniło, zaczęły rosnąć jak szalone, nie szło ich ujarzmić. A jak pewnie większość z was wie - loki lubią być suche. Wtedy w jednej z aptek pani farmaceutka poleciła mojej mamie właśnie produkty Pilomax. Z własnego wyboru jednak nigdy po nie nie sięgałam. Sama nie wiem dlaczego. Wraz z Shinyboxem dostałam jednak odżywkę do włosów. Wprawdzie moje kręciołki są cienkie i suche a nie grube i normalne, jednak z pewnością przez tę suchość są dość zniszczone.



Opakowaniem odżywki jest wygodna i miękka tubka. Prosta szata graficzna zachęca do zakupu. Podczas otwierania czy zamykania nie muszę się bać o paznokcie. Otwór dozujący także jest odpowiednich rozmiarów, nie ma potrzeby siłowania się z wydobyciem. Zapach jest przyjemny, kwiatowy z lekką ziołową nuta. Nie jest zbyt intensywny.


Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona konsystencją. Jest bardzo puszysta, lekko piankowa. Taka jakby trochę ubita. Taką samą konsystencję miała maska Boots Ingredients o której kiedyś Wam pisałam. Odżywka bardzo łatwo nakłada się na włosy i momentalnie się wchłania. Niby to dobrze, ale nie do końca dla mnie. Moje włosy czeszę jedynie w momencie gdy są mokre i mają nałożoną odżywkę która nadaje poślizg grzebieniowi. Tej muszę użyć naprawdę sporo abym mogła rozczesać swoją czuprynę. Czyni to ją niestety bardzo niewydajną. Używam jej od 3 tygodni (2-3 razy tygodniowo) i niestety już dobija dna.


Jeśli chodzi o działanie to jestem zadowolona. Maska dość dobrze nawilża i regeneruje moje suche i zniszczone włosy. Przy regularnym rozczesywaniu widzę poprawę ich sprężystości i miękkości co mnie bardzo cieszy. Jedynie czego mi w niej brakuje to lekkiego dociążenia moich kręciołków, bo one akurat tego bardzo potrzebują.

Lubicie markę Pilomax?

Dzień Matki, co ucieszyłoby moją mamę w tym roku

Dzień Matki już za tydzień. Zapewne większość z Was prezenty już ma dawno kupione, niektóre jednak będą poszukiwać ich last minute. W tym celu zapraszam na iperfumy.pl. Nie raz tam kupowałam i ekspresowej przesyłki nie można im odmówić. Dwa dni to maksymalny czas jaki oczekiwałam na kuriera! Dziś jednak powiem Wam co z pewnością ucieszyłoby moją mamę.


Si i Emporio She Armaniego to dwa ulubione zapachy mojej mamy. Z pewnością ucieszyłaby się z kolejnego flakoniku. To są takie pewniaki, kiedy nie mam lepszego pomysłu a widzę, że któryś się kończy - uzupełniam te braki. Moja mama z pewnością także by się ucieszyła z dobrego kremu przeciwzmarszczkowego - w końcu swoje lata ma. Przeciwzmarszczkowy krem z jadem węża Barbaria lub krem L'Oréal Paris Age Specialist 55+ z pewnością przypadłyby jej do gustu. Markę L'Oreal bardzo sobie ceni a produkty Barbaria używała kilka lat temu i dobrze je wspomina. Mama ma też pewnego rodzaju uczulenie na słońce. Od wczesnej wiosny do jesieni nie wychodzi z domu bez okularów słonecznych, inaczej puchną jej powieki. Serum Elizabeth Arden Ceramide mogłoby jej pomóc. Część z Was także wie, że moja mama miała miesiąc temu operację na serduchu. Wczoraj zdjęto jej szwy, rana ładnie zagojona jednak okolica wokół jest bardzo sucha i się łuszczy - mama potrzebuje solidnej dawki nawilżenia. Planuję jej podarować 100% masło shea pachnące jaśminem i hibiskusem marki Sportique (jak wiecie czyste masło shea nie ma najładniejszej woni).


Nowa torebka to także coś co przydałoby się mojej mamie. Właściwie to dowiedziałam się o tym wczoraj, kiedy oznajmiła mi, że wypruła z poprzedniej podszewkę bo ją denerwowała, jednak nie był to dobry pomysł. W najbliższy weekend zrobię rundkę po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniego modelu. Obecnie moja mama jest w sanatorium gdzie przechodzi rehabilitację. Jedną z aktywności jaką tam ma jest Nordic Walking. Kijki nie tylko motywowały by ją do dalszych ćwiczeń po powrocie do domu, ale także pozwoliły na lekkie odciążenie stawów. Moja mama jest także fanką storczyków, takich kwiatków nigdy jej nie jest mało:)

Co kupię ostatecznie? Jak wspomniałam w weekend wybieram się na łowy po torebkę. Na iperfumy z pewnością zamówię któryś z zapachów (muszę sprawdzić tylko która flaszka dobija już dna) i jeśli starczy funduszy to wybiorę masło lub któryś z kremów.

A wy co macie dla waszym mam?